Komponenty z piekła rodem

kdsz Ogólne 6 Komentarzy

No Gravatar

Rodzina wyjechała na ferie. Mam więc wolne, jestem sam i mogę robić co mi się podoba. Oczywiście po 18, jak już wrócę z roboty. Mogę sobie na przykład zagrać w planszóweczkę w wersji solo. Jakiegoś „Robinsona”, „Pandemica”, czy „Nations”. Wczoraj mój wybór padł na nieoficjalny wariant solo do „Zamków Burgundii”. Zbierając grę do pudełka nasunęła mi się pewna refleksja.

A nawet dwie refleksje. Po pierwsze, że oczy już nie te, bo nie widzę za bardzo, czy na planszach zostały jeszcze jakieś żetony do sprzątnięcia, czy też nie. Po drugie – nie widzę tego czego nie widzę, bo plansze są zaprojektowane w sposób, którego, hmmmm… nie rekomenduję. Pola mają identyczną grafikę jak umieszczane na nich żetony. Muszę się więc mocno przyjrzeć, czy w danym miejscu coś na planszy leży, czy nie leży.

Grając w „Waggle Dance” zastanawiałem się natomiast, dlaczego kostki nektaru są w takich a nie innych kolorach. Zestawienie barwy czerwonej z różową, pomarańczową i fioletową stworzyło mieszankę bardzo spójną pod względem kolorystycznym. Nie do odróżnienia dla normalnego faceta przy słabszym oświetleniu. A akcje na kartach? Całkowicie zakodowane, ikonografia jest nie do ogarnięcia. Heksy miodu? Trudne do odwrócenia, gdy się rozbuduje większy plaster. Aklimatycznie układaliśmy je więc w linii czy wręcz osobno.

Ładne są te króliczki (zajączki?) do liczenia punktów w „Dixicie”. Ale trzeba mieć bardzo sprytne rączki, żeby postawić je na planszy w pozycji pionowej. Padają jak muchy. Podobna zwinność i koordynacja oko – ręka jest wymagana przy operowaniu mikroskopijnymi żetonami pieniędzy w Magnum Sal czy pustych miejsc Aeroplanach.

Skoro jesteśmy przy „Aeroplanach”… Żetony w tej grze są zadrukowane tylko z jednej strony. Jest to bezsensowne zupełnie, bo w większości są jawne (a niejawne losujemy z woreczka). Ewentualna dwustronność przyspieszyłaby przydługi setup i znacznie poprawiłaby wygodę. Ale to nie wszystko. Gra jest brzydka jak noc. Ascetyczna. Prosta w formie. A mimo to nieczytelna! Żetony lotnisk poszczególnych graczy różnią się jedynie kolorem obwódki. Niby już na pierwszy rzut oka widać co do kogo należy, ale tak naprawdę nie widać. Gra do krótkich nie należy, jednak zastanawiam się ile czasu marnuję na odnajdywanie swoich lotnisk na planszy i czytaniu maciupeńkich napisików na żetonach pasażerów. Gra świetna, ale wydanie jest całkowicie niepraktyczne.

Wpadki z dziwnymi komponentami zdarzają się również naszym rodzimym wydawcom. Klasyką polskiego designu jest plansza w „Pret-a-Porter”, gdzie akcja rozpatrywana jako ostatnia znajduje się na pierwszym miejscu, potem mamy po kolei akcje nr 2, 3, 4 i tak do 8, by nagle bez ostrzeżenia natrafić na akcję nr 1. Ale są też ciekawe rozwiązania w grach o tematyce historycznej. Na przykład w „Odbudowie Warszawy” można przerzucać mosty przez Wisłę. Jak oznaczyć, do którego z graczy „należą” te przeprawy? Nie da się, trzeba zapamiętać. W „Małych powstańcach” harcerze przenoszą rozkazy między lokacjami. Do oznaczania rozkazów używa się mikroskopijnych żetoników z imieniem harcerza. Nie do odczytania z normalnej odległości. Z kolei w „Nehemiaszu” z pozoru wszystko jest OK (poza zagmatwaną ikonografią), jednak jak wielkie było moje zdziwienie, gdy w pudle znalazłem żeton prezesa do gry „Letnisko”. Taki niespodziewany bonus. Na szczęście mam „Letnisko”, więc mogę sobie ten żeton wykorzystać, tym bardziej, że różni się trochę od oryginalnego i mam okazję wybrać sobie wersję prezesa stosowną do nastroju.

Osobną kategorią są pudełka. Często dużo za duże, ale za to ładnie wyglądają na półce w sklepie. Przyzwyczaiłem się. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy odfoliowałem mini karciankę Friedemanna Friese – „Famiglię”. Pudełko jest jednocześnie za małe i za duże. Za małe, bo nie ma fizycznej możliwości domknąć wieka, a za duże, bo karty (o przedziwnym zresztą formacie) fruwają wewnątrz na prawo i lewo. Przechowywanie tej gry jest więc zagadką logiczną, którą dostajemy gratis.

W „Steam” i „Pingwinach z Madagaskaru” instrukcja nie mieści się w pudełku, stos do dobierania kostek w grze „Qubix” ślizga się i rozpada, plansza w „111” nie chce leżeć płasko na stole, w „Pandemicu” stacje badawcze nierzadko zasłaniają kostki chorób. Ech, mógłbym tak godzinami…

Share

Comments 6

  1. Hah, znam ten ból. Zamki Burgundii ze swoimi bladymi pastelowymi kolorami to wręcz kwintesencja. Przy gorszym świetle niektóre kolory są niemal identyczne. Raz, gdy skrytykowałem wygląd elementów pewnej gry, zostałem posądzony o problemy neurologiczne. Być może takie mam, ale to nie powinno przekreślać mych szans na granie.
    Ostatnio graliśmy w Germanię Magnę, niby wszystko ok, ale dlaczego wszystkie monety wyglądają tak samo. Mamy nominały I, II, V, X – wszystkie w tym samym kolorze, w tym samym rozmiarze, kształcie i różnią się tylko maleńką cyferką.
    Dlatego też niektóre gry, które z pozoru wyglądają na brzydactwa, po tym jak zostaną zawalone milionem znaczników są wciąż czytelne.
    Brass i Urban Sprawl mają brzydkie plansze, ale czytelne przez całą grę. Dla odmiany taki City Tycoon jest kompletnie nieczytelny gdy miasto się rozrośnie.

  2. Generalnie raczej wzrokowych problemów nie mam, ale fakt jest faktem, że gram przy dobrym oświetleniu, które świeci prosto w stół, a wisi metr nad nim. Ja natomiast z reguły jak już coś mi nie pasuje to:
    – brzydactwo, które odpycha i gdyby nie moc gry to nie grałbym (np. Wyspa Skye, Eufrat i Tygrys, Aton)
    – rozpadające się komponenty (monumenty w EiT, znaczniki punktów w Sztuce Wojny)
    – cienkie planszetki (Puerto Rico, Blood Rage)
    – bezsensowne wypraski, ich brak, lub wielkie pudła (tutaj niestety jest sporo tytułów, ale chyba najbardziej wkurzające są te przypakowane pudełka, które zajmują zbyt dużo miejsca na półkach, a zawartości nie ma tak wiele)
    Ale, żeby nie było – generalnie jest ok tylko jak już ktoś zaczął narzekać, to można na chwilę się przyłączyć ;)

  3. Eufrat i Tygrys ma teraz nowe wydanie od FFG, które niedawno w wersji niemieckiej okazyjnie nabyłem. Angielskie jest drogie, bo próbuje sięgać 200 złotych.
    Wczoraj zagrałem pierwszy raz i od razu zapisałem się do fanklubu Dra Knizii. Znakomita gra!

  4. Ja mam stare polskie wydanie, zakładam że to samo co mars, bo monumenty też mam posklejane wikolem inaczej podstawa odpadała. Mnie natomiast zawsze irytuje zastosowanie zwykłych drewnianych kostek, zamiast chociażby lekko przypominających to czym powinny być – porównajmy nawet takiego Caylusa i At the gates of Loyang. Od razu inaczej to wygląda i się czuje.

  5. Faktycznie są gry, które nie do końca są czytelne bądź wygodne, ale ja na to nie zwracam uwagi. Może za mało też się nagrałam na razie, żeby widzieć uciążliwość niektórych z nich. Natomiast wyciągnęłam Dixit, żeby sprawdzić króliczki i faktycznie ledwo się trzymają na łapach :)

  6. Eufrat i Tygrys, mam stare wydanie niemieckie z podwójną planszą, monumenty posklejałem i po problemie.
    Przyczepiłbym się do „Na chwałę Rzymu”. Po co kombinować i podkładać karty jedne pod drugie, gdy wystarczyłoby zbierać „klientów” po prawej stronie jednego na drugim.
    Notre Dame ładne grafiki na kartach akcji i polach niestety utrudniają dopasowanie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*