Ponowna wizyta w Szkocji – na szklaneczkę.

berni Ogólne 9 Komentarzy

No Gravatar

Od ostatniej krwawej wyprawy wojsk króla Ryszarda minęły tygodnie. Rany się zabliźniły, dawna niechęć skłóconych wyspiarzy jakby przygasła. Świetny moment aby znów wybrać się do Szkocji, tym razem z sąsiedzką wizytą, innymi słowy zostawiając halabardy i miecze w depozycie na granicy. Tym razem wyprawa będzie dalsza, bo na daleką północ w okolice jeziora Loch Ness – jedziemy do Glen more, aby skosztować nieco…


Whiskeeey!
Braveheart (1995)

Grę miałem na radarze w zasadzie od targów w Essen w 2010 roku, ale nigdy jakoś nie było okazji jej spróbować, a nad ewentualne kupno Glen more przedkładałem inne tytuły. Ponad rok później w końcu trafiła się okazja, by grę wypróbować. Pierwszą partię udało mi się rozegrać, jak zapewne czytaliście wcześniej na listopadowej Gratislavii (VIII). Partia bardzo mi się spodobała, dlatego czym prędzej nabyłem własny egzemplarz. Do kolejnej partii udało mi się szybko nakłonić żonę – nie żeby jakoś nadzwyczajnie miała na to ochotę, ale wystarczyło trochę pomęczyć i powiedzieć, że cała rozgrywka z tłumaczeniem zasad nie przekroczy 40 minut. Zwłaszcza ostatni argument był skuteczny – udało się! Cała instrukcja Glen more zajmuje dokładnie 8 stron w formacie około A5, więc wprost wymarzona eurogra. No właśnie – eurogra – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jest więc dosyć ciekawa mechanika, raczej abstrakcyjna i nie mająca większego związku z tematyką, do tego drewniane sześcianiki, kilka meepli, kafelki i żetony punktów oraz pieniędzy. Jedynie w przeciwieństwie do innych gier tego typu Glen more wygląda raczej ubogo, smutno i nieciekawie. Wystarczy zresztą spojrzeć na poniższe zdjęcie. Dzięki zamglonej, ciemnej grafice gra nadrabia braki w klimacie – ot mamy deszczową i pochmurną Szkocję.

Sercem gry jest tor, na którym znajduje się rynek surowców i przede wszystkim tor kafelków, po którym gracze poruszają się według wskazówek zegara. Graczem aktywnym jest zawsze ten, który znajduje się na końcu stawki. W poniższym przykładzie jest to akurat kostka, której używa się do gry w wariancie 2 i 3-osobowym, aby nieco uprzykrzyć życie graczom i przeszkodzić w optymalizowaniu swojego podwórka – kafelki, na których zatrzymuje się kostka są natychmiast usuwane z gry.

Gracze mogą poruszać się o dowolną ilość pól (w ramach jednego okrążenia), z tym że bywa to nieopłacalne. Jeżeli jeden z graczy za daleko wybiegnie do przodu, chcąc złapać najatrakcyjniejszy kafelek może stracić wiele kolejek nim pozostali gracze małymi krokami go wyprzedzą. Po wzięciu kafelka, opłaceniu kosztu od razu dokładamy go do swojej wioski, w pobliżu miejsca, gdzie stoi któryś z naszych czarnych pionków.

Dołożony kafelek pozwala wykonać związaną z nim akcję i jednocześnie aktywuje wszystkie kafle sąsiadujące. Jeżeli do jakiejś operacji potrzebujemy pilnie jakiegoś surowca, to możemy skorzystać z rynku, przy czym ilość dóbr, które możemy tam wymienić jest mocno ograniczona tym jak wcześniej korzystaliśmy z tej możliwości. Może się okazać, że rynek jest nasycony i niczego nie sprzedamy, bądź pusty i nie będziemy mogli kupić ani uncji zboża. Powoduje to, że niemożliwe jest wąskie wyspecjalizowanie się w produkcji jednego dobra, bo będzie zalegać w magazynie. Jest kilka rodzajów kafli, najczęściej dostarczają po prostu surowców, ale są także takie ze specjalnymi budynkami, które przynoszą dodatkowe profity, pozwalają przetworzyć surowce (drewno, kamień, owce, woły) na punkty lub zboże na… whiskey.

W trakcie gry mamy trzykrotne punktowanie – za każdym razem, gdy skończą się kafle z kolejnego spośród trzech stosów. W punktowaniu bierze się pod uwagę 3 rzeczy – liczbę wodzów w naszej wiosce (chieftain, z tym że nie tych, którzy znajdują się na naszej planszy, ale tych, których w ramach akcji z niej ściągniemy), ilość budynków/kart specjalnych i wreszcie ilość beczek wyprodukowanej whiskey. Zaznaczyć trzeba, że nie liczy się ilość bezwzględna dóbr, które posiadamy, ale przewaga nad najsłabszym w danej dziedzinie graczem. Na koniec gry wymienia się na punkty posiadane monety. Dodatkowo gracze dostają punkty karne za każdy posiadany kafelek więcej w stosunku do gracza z najmniejszą ich ilością (jest to dosyć dotkliwe, bo dostaje się aż 3 punkty karne, za każdy nadmiarowy element).

Gra kończy się bardzo szybko i bywa, że niespodziewanie, zwłaszcza jeżeli kostka sprawi psikusa. Nasza partia rzeczywiście trwała mniej niż 40 minut, a werdykt żony był następujący: „podoba mi się”. Faktycznie gra jest ciekawa, nieskomplikowana, choć szczerze mówiąc nie starałem się wycisnąć z tych kafelków wszystkiego, co tylko się da, ale myślę, że jak tylko zagram ze szwagrem, to partia będzie przypominała Twilight Struggle ;-) Krótki czas rozgrywki i ogólne odprężenie, jakie przy niej odczuwam pozwala mi wstawić grę gdzieś obok Wikingów – nie za ciężka, ale dająca pomyśleć. I chociaż gra miała być o produkcji whiskey, to jest ona tylko jednym ze źródeł przychodów, a i destylarni jak na lekarstwo więc jest raczej słabo związana z przemysłem gorzelniczym – trzeba będzie chyba spróbować Furstenfeld Friedmana Friese ;-) Co do regrywalności, to się jeszcze okaże. Jeżeli będę ją stosował na zmianę z innymi tytułami, to będzie jeszcze długo służyła. Minusem jest wydanie. Poza szaroburymi kolorami mamy jeszcze liche plansze i żetony. Aby sobie uzmysłowić jak liche, proszę sięgnijcie do pudelka z Puerto Rico – niemal identyczne, choć te w PR są na pewno bardziej radosne. Na wielki plus zasługuje fakt, że grając w grę dwa razy – wygrałem dwa razy – za każdym razem oddając dużo punktów karnych za kafle. Ostatnia partia zakończyła się wynikiem 37 – 34, przy czym oddałem aż 12 punktów ;-) Poniżej jeszcze wódz z przegranej wioski, który wpadł do kociołka z wywarem…

Share

Comments 9

  1. Stan, nie zastanawiaj się, tylko dodaj do koszyka. Gra jest naprawdę więcej niż OK. A wersja niemiecka to prawdziwa okazja. Zresztą w przypadku GM wersja językowa nie gra roli – napisy są tak małe, że nie ma wielu śmiałków, którzy by się na nich koncentrowali.

    @berni, zamiast bez końca opisywać szkockie klimaty mógłbyś skrobnąć relację ze spotkania z Galaxy Truckerem. Zauważyłem, że próbujesz wypchnąć tę grę w Polskę, więc jest okazja, żeby zareklamować produkt :P W każdym razie jestem ciekaw Twojej opinii

  2. Post
    Author

    @kdsz: oj tam – Szkocja jest ok, w dodatku zostałem pouczony, że po szkocku nie pisze się whiskey, tylko whisky.
    Jakoś specjalnie nie jestem zniechęcony do GT, tylko zbieram fundusze na Ora i akurat ten tytuł został wytypowany, bo szkoda go najmniej. Jakoś nie mam specjalnie ochoty do niego siadać, zwłaszcza jak mam Wikingów :P

  3. Przyznam, że po zagraniu w kiepskie gry po prostu o nich zapominam i nie zaprzątam sobie więcej głowy. Natomiast inaczej sytuacja wygląda z Galaxy Truckerem. Gra jest po prostu beznadziejna, a co gorsza dałem ją kiedyś w prezencie i do dziś mam z tego powodu kaca moralnego. Strasznie jestem do niej uprzedzony

  4. żałuję troszkę berni, ze nas do Szkocji nocnym lotem nie zabrałeś, ale może następnym razem sie uda nawarzyć trochę whisky!

  5. Post
    Author
  6. Kontynuując spacery po Wiedniu zawędrowałem do kilku sklepów planszówkowych i wyhaczyłem nowiutkie, pachnące, kształtne i wołające z półki „weź mnie” pudełko z Glen More :) Jak wołało, tak zrobiłem- wziąłem…

  7. Post
    Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*