The Hammer of the Scots

berni Ogólne 7 Komentarzy

No Gravatar

W roku pańskim dwa tysiące jedenastym na polach pod Wrocławiem doszło do spotkania potężnej armii angielskiej dowodzonej przez Króla Edwarda z nieokiełznanym żywiołem szkockim zapoczątkowanym przez Williama Wallace’a który siał niepokój i strach wśród angielskich lordów. Nim doszło do bitwy, która ostatecznie przesądziła o sytuacji politycznej Szkocji, zwiadowcy obu stron długo szukali dogodnego miejsca do potyczki. Nie było to łatwe, zwłaszcza dzień przed Wszystkich Świętych, kiedy okazało się, że wiele przybytków zawarto na cztery spusty. W końcu znalazła się przyjazna gospoda, w której dowództwa obu stron mogły planować swe działania posyłając kolejne oddziały do krwawej jatki. Stroną angielską dowodziłem ja. Szkockimi rebeliantami kierował zaś Janek.

O sztuce wojowania

Postanowiliśmy rozegrać pierwszy z dwóch dostępnych scenariuszy – Braveheart – dziejący się w latach 1297 – 1305. Nie wiem jak sytuacja Szkotów wygląda po roku 1306, ale zdecydowanie początki powstania są dla nich trudne. Rebelianci z każdej strony otoczeni są stronnikami królewskimi, a na granicy szkocko-angielskiej gromadzą się potężne oddziały mające za zadanie stłumić i przykładnie ukarać buntowników. The Hammer of the Scots to gra bloczkowa, w której to, co możemy zrobić będzie zależeć od zagranej karty, choć jakoś nie czuć tutaj takiego typowego card-drivena. Pewnie przez dosyć ubogi wybór kart, które traktowane są jako środek do celu, a nie esencja gry. Każdy rok gry zakłada rozegranie maksymalnie 5 tur. Podczas każdej tury gracze przechodzą przez 3 fazy: 1. zagranie karty 2. ruch 3. bitwy. Karty mają wartości od 1 do 3, które poza ustaleniem kolejności w turze, pozwalają na wydanie rozkazów określonej liczbie grup wojsk. Oprócz kart liczbowych występują również wydarzenia, które zawsze rozgrywane są w pierwszej kolejności. Wydarzenia bywają bardzo pomocne, dzięki nim można szybko przerzucić wojska wzdłuż wybrzeży, leczyć własne wojska, plądrować tereny zajęte przez wroga, a nawet próbować zwerbować wrogiego szlachcica. Wśród dostępnych jednostek mamy przede wszystkim szlachciców. To o nich w zasadzie rozgrywa się cały spór. Celem każdej ze stron jest przeciągnięcie szkockiej szlachty na jego stronę. Posiadanie większej liczby zwolenników wśród szlachty na koniec scenariusza skutkuje zwycięstwem. Pozostałe jednostki to królowie: angielski Edward I (później Edward II) i szkocki Bruce, Balliol bądź Comyn (jeśli któryś z nich zostanie koronowany). Oprócz tego są łucznicy, piechota (w tym Walijczycy i Irlandczycy, którzy przed bitwą mogą po prostu uciec z pola zostawiając Anglików samych sobie), rycerstwo, Norwegowie, a także rycerstwo francuskie (które siłą rzeczy pomaga raczej Szkotom ;-)). Jeżeli w fazie ruchu wrogie armie spotkają się w tym samym regionie, to w następnej fazie trzeba rozstrzygnąć bitwę. Mechanizm bitew jest bardzo prosty, nieco zbyt losowy, ale daje dużo radości. Przede wszystkim każde wojsko charakteryzuje się stopniem inicjatywy, trochę jak w Neuroshimie. Pierwsze będą walczyć oddziały z inicjatywą A, później B i C. W segmencie A, pierwszeństwo mają obrońcy, później atakujący. Następnie przechodzi się do segmentów niższych i jeżeli po trzech rundach starć wynik bitwy jest dalej niepewny, atakujący muszą się wycofać. Od kondycji wojska zależy iloma kośćmi można rzucać – jeżeli dany oddział brał udział w bitwie już wcześniej i poniósł jakieś straty, to w kolejnym starciu będzie mniej skuteczny. Co do trafień, to jeżeli oddział ma współczynnik A3 i siłę 4, oznacza to, że będzie walczył jako jeden z pierwszych, gracz będzie rzucał czterema kośćmi, a trafienie nastąpi za każdym razem, gdy na kości wypadnie 1, 2 lub 3. Po rozegraniu wszystkich tur kończy się rok i wszystkie wojska muszą przezimować. Szlachta wraca do swoich rodzinnych regionów. Wojsko szkockie pozostaje w Szkocji tylko jeżeli region, w którym przebywają jednostki jest w stanie je wyżywić. W przeciwnym razie muszą udać się w daleką podróż – do puli dociągu. Anglicy mają zdecydowanie gorzej na tym etapie. Przede wszystkim stronnicy angielscy wracają do swoich regionów przed szkockimi i jeżeli zastaną tam wrogie wojska, to natychmiast przechodzą na stronę buntowników. Dodatkowo wszystkie wojska angielskie muszą zostać odrzucone, chyba, że król angielski zdecyduje się zimować w Szkocji, wraz z nim może zostać tyle wojsk, ile region jest w stanie utrzymać. W przeciwnym wypadku wojska muszą zostać odrzucone. Zimowanie króla w Szkocji pociąga za sobą jeszcze jedną poważną konsekwencję – nie będzie możliwy zaciąg nowych armii i Anglicy w następnym roku będą musieli walczyć tym, co zostało na mapie. Jeżeli król nie zostanie w Szkocji i werbunek dojdzie do skutku, to Anglicy znów będą musieli przedzierać się na północ z wszystkimi ograniczeniami ruchu i granic. Wszyscy szlachcice leczą swoje rany, w dodatku Szkot może wprowadzić nowe wojska z puli ciągnięcia w sile 1.

Starcie pierwsze

Podczas pierwszej rozgrywki założyłem plan jak najszybszego stłumienia rebelii na południu. Po pierwsze dlatego, że miałem bliżej. Po drugie łatwiej się walczy bez wroga za plecami i po trzecie, mogłem dzięki temu szybko przemieszczać wojska na północ. Choć Szkoci unikali walnej bitwy i wyraźnie szykowali się do wojny podjazdowej w końcu wpadli w pierwszą zasadzkę. Kilka pechowych rzutów i pierwsi szlachcice zostają przekonani, że jednak warto służyć jednemu królowi z południa. Dalsze potyczki, będące festiwalem manewrów i kości powodowały coraz większe osłabienie buntowników. Wallace umiera w pierwszym roku, a ostatnie szkockie wojska zostały wręcz zmiecione już w drugim roku. Po tej rozgrywce zastanawiałem się, czy z przypadkiem z grą nie jest coś nie tak. Dlatego od razu postanowiliśmy się upewnić rozgrywając scenariusz ponownie.

Starcie drugie

Tym razem zaczęło się nieco inaczej. Obaj zagraliśmy kartę wydarzenia, co skutkuje tym, że po wypełnieniu wszystkich jego warunków następuje natychmiastowy koniec roku. Zimowanie, według tego co wspomniałem na początku jest zbawienne dla Szkotów i krzyżuje plany Anglikom. Wojska angielskie zostały rozpuszczone, a nowy zaciąg dopiero zbliżał się do granicy. W tym czasie Szkoci, którzy nie brali udziału w potyczkach mogli przeznaczyć punkty odnowy, jakie dają zamki na odbudowanie większej armii. Tym sposobem w roku drugim sytuacja na mapie była niemal wyrównana. Również tym razem Anglicy zaczęli tłumić południowe regiony z dużym powodzeniem, ale i Szkoci nie próżnowali. Szybko rozprzestrzenili się na północy i w połowie mapy powstała granica między dwiema nienawidzącymi się siłami. Odkryłem wielką siłę króla Edwarda, który w starciach jest niemal niezwyciężony, zwłaszcza, gdy wspomagają go łucznicy, skutecznie niwelując działania szkockiej piechoty, a także elitarne rycerstwo z Yorku i Lancaster. Wkrótce Anglicy operowali dwiema silnymi armiami, które jednak z różnym powodzeniem odzyskiwały, to znów traciły regiony. Król angielski coraz częściej zostawał w zimie w Szkocji, przez co zaczynało brakować posiłków. W szeregach Szkotów okazało się, że stronników Bruce’a jest coraz mniej i pożądanym byłoby koronowanie na króla Comyna (w takim przypadku wszyscy stronnicy Bruce’a przejdą na stronę Anglików). Niestety koronacji można dokonać tylko w katedrze w Fife, gdzie stacjonował akurat król Edward. Szkoci musieli więc porzucić ten pomysł. W przedostatnim roku wojny stan na mapie był niemal wyrównany. Anglicy mieli niezmiennie 6 stronników, Szkoci 8. Sytuacja 7:7 promowałaby Anglików, więc to stało się głównym celem ich kolejnych natarć. Niestety Szkoci dzielnie odpierali szaleńcze ataki na regiony. W ostatnim roku Anglicy doprowadzili do wydarzenia, które zabroniło Szkotom atakować. Niestety przez to sami nie mogli przemieścić wojsk bez odpowiedniej ilości punktów. Okazało się to brzemienne w skutkach. Anglicy liczyli, że faza zimowania i powroty szlachty spowodują roszady na planszy i przejście co najmniej jednego szlachcica na ich stronę. Tak się niestety nie stało i wynik utrzymał się na poziomie 8:6 dla Szkotów. Szkocja znów była wolna.


Freeedooom!
Braveheart (1995)

Krajobraz po bitwie…

Co sądzę o The Hammer of the Scots? Przede wszystkim jest to gra, która daje dużo zabawy. Podczas rozgrywki można się naprawdę odprężyć. Choć nie brakuje momentów, w których czuć napięcie, trzeba zaplanować kolejne ruchy, to jednak gra nie wyniszcza totalnie. Po rozgrywce czujemy raczej satysfakcję, niż zmęczenie po wielogodzinnym móżdżeniu. Jest to zdecydowanie gateway game dla wargame’ów. Grać może praktycznie każdy i każdy może się dobrze bawić. Mechanika jest prosta, oddaje klimat i pozwala świetnie spędzić czas. Nie ma skomplikowanych reguł, wyjątków mało, nie ma gigantycznych tabel, z których przez 10 minut trzeba odczytywać wynik bitwy. Jest rzut – jest trafienie bądź nie. Za dużo trafień – bloczek przeciwnika odpada. Mgła wojny pozwala się tylko domyślać kogo atakujemy i zmusza do zapamiętywania, dokąd po bitwie udają się oddziały wroga. Zimowanie pozwala zresetować sytuację na mapie, wiemy wtedy przynajmniej gdzie są szlachcice przeciwnika, ale wciąż nie wiemy w jakiej aktualnie kondycji, ani jakie wojska dodatkowe do nich dotarły. Gra jest naprawdę ciekawa, szkoda tylko, że ciężko dostępna w Polsce, a i cena nie sprzyja zakupowi, zwłaszcza jeśli zobaczymy, co znajduje się w pudełku (no chociaż mapa mogłaby być podklejona!).

Wallace i Edward nad mapą, pod koniec pierwszego starcia.

Share

Comments 7

  1. Ty to masz pamięć :) ale mogłeś jeszcze wpleść wątek klimatycznej mapy, nad którą debatowali król Edward i Wallace (póki żył :D).

  2. Post
    Author
  3. Nie wiem czemu zawsze się bałem, że bloczkowe gry (w ani jedną nie grałem) to z założenia wielkie motłochy. Po tym opisie zaczynam patrzeć na te drewienka przychylniej :)

  4. Post
    Author
  5. Mnie też bloczki odpychały, do czasu, gdy zobaczyłem Sekigaharę. Ta gra jest przepiękna.

  6. Post
    Author

    @solkan: oj tak, Sekigahara jest chyba najładniejszym produktem bloczkowym. Na szczęście do Williama Wallace’a wkrótce dotrze paczuszka zza wielkiej wody z Seki na pokładzie, to będzie okazja wypróbować :D
    A z innych bloczków, to np. Strike of the Eagle też wygląda niczego sobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*