Japonią rządzę ja!

berni Ogólne, Rozgrywki 8 Komentarzy

No Gravatar

Będzie to kolejny wpis o  Szogunie, ale jakże ważny dla mnie, bo dotyczący pierwszego zwycięstwa w tej grze. Dotąd zawsze obierałem strategię zachowawczą, na zasadzie zbuduj mur nie do przebicia, żeby nikt nie ważył się nawet spojrzeć w kierunku twych prowincji. Niestety zawsze znajdował się szaleniec, który mimo wszystko próbował te prowincje odbić. Jeśli jemu się nie udawało, to niestety osłabione wojska nie były w stanie oprzeć się kolejnym zakusom.  Również budowanie nie przynosiło upragnionego zwycięstwa. Zawsze ktoś wyrywał te ostatnie punkty dobudowując coś u siebie lub niszcząc u mnie. Tym razem, trochę dla uczynienia gry bardziej dynamiczną, trochę dla zabawy postanowiłem, że będę najagresywniejszym Daimyo. Osiedliłem się w prowincjach zielonych, dodatkowo dla przeciwwagi wybrałem skrajny półwysep żółty. Wszystko po to, by w miarę możliwości nie dać się wciągnąć w środek mapy i prowadzić wojnę na jednym froncie. Niestety szybko się okazało, że na zielonych prowincjach, tuż za plecami pojawił się wróg.

Pomyślałem, a co tam. Przeciwnik niedoświadczony, słabe armie, szybko pójdzie. Niestety nie poszło. Toczyliśmy pojedynek za pojedynkiem, szczerbiąc niemiłosiernie swoje armie, odsyłając do domu kolejnych martwych bohaterów i tyleż samo listów do ich matek informujących o zaginięciu w akcji. Nie było możliwości przesunięcia granic.  Ostatecznie jednak przeciwnik popełnił błąd niesamowity. Podzielił swoją wielką armię podczas ataku na Hoki. Oczywiście Hoki przejął, ale z ogromnymi stratami. Za to zostawił Bingo z połową swojej obsady, a to był wymarzony moment do szaleńczego ataku z Bitchu. Czerwony drań wreszcie został wypchnięty z prowincji zielonych, pozostały mu niewielkie bastiony, których już nie był w stanie zachować. Po zabezpieczeniu tamtego regionu, w drugim roku skupiłem się na obronie granic zachodnich, strasząc na granicach dużymi siłami. Podjąłem nawet udaną próbę desantu na Kagę. Teraz w spokoju mogłem budować zamki, teatry i świątynie. Agresywna gra, choć często okupiona poważnymi stratami przyniosła pożądany efekt. Tak potwierdziły się me przypuszczenia, że w Szogunie trzeba nieustannie atakować. Dynamika ponad pasywnym czekaniem na rozwój wydarzeń. Jeszcze nigdy nie bawiłem się przy Szogunie tak dobrze jak dzisiaj – poczułem moc i smak zwycięstwa.

Share

Comments 8

  1. Ostatnio na graniu u Marsa wyraziłam swoją opinię na temat gier typu Szogun czy Antike. A mianowicie po co walczyć jak można zdobywać niezajęte tereny. Ale po przeczytaniu Twojego posta już wiem. Trzeba walczyć żeby nie było nudno! Następna rozgrywka Szoguna będzie krwawą jatką :) Koniec z pokojowym czyli nudnym graniem. Koniec końców nie liczy się wygrana a granie :)

  2. Post
    Author

    Moja żona też wychodzi z założenia, że lepiej budować niż niszczyć. Dlatego większość potyczek odbywała się pomiędzy mężczyznami ;-)

  3. Racja, ale nie tylko. Przeciwnicy podświadomie oceniają się nawzajem i wiedzą (lub wydaje im się) na co mogą sobie pozwolić. Z reguły ze słabszym przeciwnikiem gracz jest w stanie bardziej zaryzykować nie obawiając sie tak bardzo porażki.

  4. Post
    Author
  5. robi się ciekawe.
    Stanley, u nas ty ostatnio wygrałeś. Ja przedostatnio. Będzie się działo…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*