No Gravatar

Wczoraj urządziliśmy małej urodziny i zaprosiliśmy trochę smyków. Najstarszy „malec” miał 10 lat i nie chciał bawić się z resztą dzieciaków – nic dziwnego – pozostała 5-ka miała w sumie tyle lat co on. Szybko obczaił, że mamy gry planszowe i zachciało mu się grać. Nie wiedziałem co zaproponować, ale jak zaczął przeglądać moje zapasy to mówi – O, to mamy – i pokazuje Cytadelę. To była dobra wiadomość, ale wypatrzył jeszcze na dnie Ryzyko. Leżało ono odłogiem ponieważ uważam tę grę za bardzo słabą i nie wartą zawracania sobie nią głowy. Wczoraj jednak miałem być wystawiony na próbę. Tomcio upierał się przy swoim i musieliśmy zagrać z Ryzyko. Jeden rzut okiem na rada wystarczył – ujrzałem jego frustrację i trwogę w oczach. Z łezką w oku wspominał czasy jak kiedyś grał w to u nas (wtedy miałem tylko tę jedną grę)  i dostawał łomot przez swe szczęście w kościach. Nie zważając na westchnienia rada i pomruki niezadowolenia – już prawie słyszałem jego ulubione słowo, ale chyba powstrzymał się przy młodzieży ;) – otworzyłem pudło i chcąc nie chcąc wyciągnąłem jego zawartość. Oprócz oporów przeciwko samej grze okazało się, że nie pamiętam zasad (w końcu ze 4 lata minęły). Banalność zasad jednak dała się szybko odczuć po tym jak 2 minuty przeskakiwania po instrukcji szybko przywołało zasady tejże „genialnej” gry. Po 5 turach rad już spocony siedział i przeżuwał w ustach swe umiłowane słowo, jednak dalej dobrze się trzymał. Ja nie mogłem się skarżyć – śnieżna kula mi sprzyjała. Toczyła się coraz to szybciej i nabierała coraz większej masy, aby ostatecznie rozpłaszczyć przeciwników u podnóża niewielkiego wzniesienia. Po około 8 turach armia rada już prawie nie istniała, ja zająłem Amerykę Płn i Australię i miałem chrapkę na Azję. Gra nie została rozstrzygnięta ponieważ pora była już późna a rzesza niedoszłych planszoholików w wieku od 1,5 do 3 lat musiała udać się do krainy snów. Ta krótka „cofka” w czasy mojej pierwszej planszówki z „nowej epoki” przyniosła mi jednak bardzo cenne spostrzeżenia:

  1. Gra faktycznie jest bardzo cienka i z perspektywy czasu stwierdzam to samo.
  2. Gra jest cienka, ale nie dla dzieciaków. Tomcio siedział zaaferowany od początku rozgrywki i nawet to, że został szybko wyparty z Ameryki Płn. nie wywarło na nim żadnego wpływu. Dalej uważał, że nas rozwali bo w Afryce trzyma zapas wojowników z dzidami. Tu ujawniło się po raz kolejny zepsucie starych pryków i nasiąknięcie ogólnie przyjętymi zasadami i uznałem, że jestem starym zgredem.
  3. Rad jest beznadziejny w rzucaniu kośćmi ;)

Co bardzo ważne (żeby już zakończyć Waszą mękę czytania tego posta), w połowie gry przyszedł Dawid – tata Tomcia – i oprócz wciągnięcia chyba z pięciu kawałków sernika/stożka podzielił się opowieściami z kategorii jego przygód z planszówkami. Okazało się, że mają na pewno Citadels, BattleStar Galactica i Starcrafta, do tego wspomniał o tym jak kiedyś grywał poważnie w Ścieżki Chwały a na koniec dorwał się do naszych gier i widziałem radość w jego oczach (chociaż o to akurat nie trudno ;) Ponarzekał, że nie ma czasu teraz na granie (nie dziwię się – w końcu przy czwórce małych dzieciaków), ale padła deklaracja z jego strony, że z Tomciem umówią się któregoś razu na jakieś granie. Pewnie było w tym trochę hurraoptymizmu, ale zawsze to jakiś początek. W ten sposób poznałem kolejnych planszoholików i może stary wróci do nałogu a młody się rozkręci. Pożyjemy, zobaczymy.

Tym samym kończę i życzę udanego tygodnia!

Powiązane artykuły